Ciągle w pośpiechu próbujemy dogonić te 5 minut! Ciągle staramy sie wyprzedzić mijające minuty... Niekiedy niecierpliwie, jak w gorącej wodzie kąpabi, staramy się zrobić coś szybciej - żeby po prostu już było po, żeby być "do przodu". Jednak Camino nauczyło mnie dziś, że czasami warto czekać, aby się doczekać. Życzę wszystkim czytelnikom, aby również w tym zabieganym świecie, gdzie wszystko powinno być na już (lub na wczoraj) odnaleźli umiejętność czekania.
Moje Camino: Ranek przyniósł złą nowinę. Pada deszcz, jest przenikliwie zimno i ogółem czarne chmury wiszą nisko nad ziemią. Powoli zabrałam się za swoje śniadanie, a deszcz nie miał zamiaru zmniejszyć swojej intensywności. Dlatego czekałam... minęła 7:30, następnie wybiła 8:00 a ja wciąż czekałam z nadzieją, że ulewa zamieni się w deszczyk. Niecierpliwa para z Australii wyruszyła i zaraz zniknęła w strugach deszczu. O 8:30 deszcz jakby zelżał, więc opatulana w płaszcz przeciwdeszczowy wyruszyłam z Koreanką i Holenderką w dalszą drogę. Nie uszłyśmy nawet kilometra, gdy deszcz ustał. Około 9 pojawiły się przebłyski słońca i chociaz było dość chłodno to przyjemnie się wędrowało. Dość szybko zostawiłam w tyle towarzyszki i nawet się nie zorientowałam, gdy po 7 km dotarłam do spokojnej mieściny. Skoro tak! Koniecznie musiałam zahaczyć o bar. O gorącej herbacid myślał dziś chyba każdy. Ku mojemu zdumieniu zastałam w barze przemoczonych Australijczyków. Po krótkim odpoczynku ruszyłam w kolejny etap podróży (13km bez żadnego miasta) ale za to z ładnymi widokami na ośnieżone góry, które co raz chowały się za chmurami, czy przyjemnymi potakami. Całej tej trasie towarzyszył mi śpiew praków... dlatego może i pomimo bólu nogi dość szybo znalazłam sie w kolejnej mieścinie. To co zaobserwowałam to fakt, że wszystkie te miejscowości są strasznie wyludnione, a co trzeci dom jest na sprzedaż (bo co drugi jest w stanie ruiny). Gdzie są Ci ludzie? Ale wędrując sobie powoli dalej dotarłam po 27km do Mansilla de las Mulas przy średniej prędkości około 5 km/h.
I tak oto minął tydzień mojej wędrówki. Jak na razie pogoda raczej dopisuje, na nogach brak odcisków, siły na dalszą drogę są.... czegóż chcieć więcej? No może tego aby przeziębienie się ode mnie odczepiło. Ale nie jest źle! Za mną około 160 km! Jedna trzecia już za mną! Niesamowite jak czas szybko biegnie, kilometry lecą, chociaż czasami niemiłosiernie się dłużą!
Zmęczenie: 8/10 (to był długi dystans...)
Ból:
-barki: 0/10
-stopy: 1/10
-nogi: 4/10 (nadciągnęłam sobie coś w okolicach kolana)
Samopoczucie: 10/10 (wiecie jak to jest... myślicie, że będzie padał deszc ze śniegie cały dzień, a załapaliście się na promienie słońca)
"Czekajcie, a będzie wam dane" koresponduje z Twoimi przemyśleniami. Rzeczywiście czasem warto poczekać, przeczekać, a w tym czekaniu być cierpliwym. Po pierwsze po przeczekaniu nastała lepsza pogoda, po drugie: taki obrót sprawy uskrzydlił i dodał sił do pokonania dłuższego odcinka. Nie mówiąc już, że z El Burgo Ranero (po gorącej herbatce) do Mansilla de las Mulas było z górki (ok.80m w pionie) ;). Gratulacje za pokonanie już jednej trzeciej trasy (w tym za rekord dzisiejszego odcinka), choć przed Tobą jeszcze góry. Dlatego wytrwale podążaj za znakami muszli. A odwracając słowa Chrystusa z dzisiejszej Ewangelii można je zastosować do Ciebie i innych pielgrzymów: "Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Szukacie Mnie dlatego, żeście widzieli znaki (muszli), a nie dlatego, żeście jedli chleb do sytości. Troszcz(y)cie się o ten pokarm, (-) który trwa na wieki".
OdpowiedzUsuńDobrego dnia!
OdpowiedzUsuń