Stare polskie porzekadło głosi, "kto drogi prostuje ten w domu nie nocuje". Wydaje nam się, że prosta droga będzie dla nas lepsza i łatwiejsza w pokonaniu. Często staramy się "usprawnić" swoją ścieżkę, żeby przejść po najmniejszej linii oporu. Jednak dzisiaj Camino nauczyło mnie, że nie ma prostych dróg - każda wymaga od nas wysiłku.
Moje Camino: Dzisiejszy dzień zaczął się dla mnie skoro świt, bo już o 6 byłam na nogach. Jeszcze słońce nie zdążyło się wychylić znad horyzontu, a ja już byłam na Camino. To raczej wina niewyspania, że po 200 metrach źle odczytałam kierunek strzałki i zawędrowałam w jakąś ślepą uliczkę ale miły Hiszpan wskazał mi poprawną drogę. Na szlaku nie było za wiele osób o tej porze, raczej większość wyrusza po godz.8. Pierwszy etap podróży (ok.4km) przebiegł tragicznie, ponieważ droga była tak źle oznaczona jak nigdy (przykładowo dopiero po 200 metrach od skrzyżowania okazywało się czy jesteś na właściwej trasie). Oprócz tego... cały czas asfaltem i w dodatku poboczem drogi. Najgorsze było jednak przede mną... Wkroczyłam na Via Acquitana (rzymską drogę prowadzącą do Astorgii). Dwanaście kilometrów prostej drogi! Do tego wiatr w oczy i pola aż po horyzont. W odległości około 2km przede mną znajdował się człowiek z żółtym plecakiem. Pomimo iż posuwałam się na przód, dystants nie malał. Psychicznie ten odcinek złamał chyba każdego... po prostu droga nie miała końca. Z radości aż krzyknęłam, gdy zobaczyłam miejscowość ukrytą w dolince. Moje kroki zaprowadziły mnie prosto do baru na rozgrzewającą herbatę i sok pomarańczowy. Po około 40 minutach mojego relaksu zaczęli się pojawiać inni piechurzy. Wszyscy zmęczeni, rozgoryczeni, przemarznięci. Ja postanowiłam spokojnym tempem ruszyć dalej. Wiatr w dolinie ucichł, droga zaczęła wić się to w prawo to w lewo... rozkosz! Nawet podejście przyszło mi z ulgą, nawet schodząc z pagórka moje kolana nie odezwały się ani słowem. I tak trafiłam do następnej miejscowości. Ledigos skusiło mnie szklaneczką coca-coli, gdzie Hiszpan określił, że stylowo wyglądam (to chyba przez ten nieład na głowie ;) ) Tamże napotkałam dwie Finki, które wypożyczyły rowery w Corrion i jadą nimi do Leon chcąc nadrobić dwa dni drogi na odpoczynek. Przy wyjściu z miasteczka napotkałam Holenderke i znajome Irlandki. W takim składzie dowędrowałyśmy do punktu docelowego, czyli do Terradillos de los Templarios po 26.8 kilometrach. Akurat na chwilę przed tym, jak z nieba polały się krople deszczu.
Zmęczenie: 5/10
Ból:
- barki 0/10
- stopy 2/10 (pięty ciągle o sobie przypominają - zwłaszcza na kamienistej drodze)
- nogi 3/10 (ale co się dziwić po takim dystansie)
Samopoczucie: 8/10 (może dlatego, że jeszcze przed kolacją?)
Errata: 20% drogi za mną!!! Juppi!!!
Wygląda na to, że dzisiaj "przysłowiowo". Powiedziałaś: "Kto drogi prostuje, ten w domu nie nocuje". Ja myślę, że "kto zna drogę, ten o drogę nie pyta", a "kto pyta nie błądzi". Tak czy owak "biednemu zawsze wiatr w oczy wieje". A tak na prawdę to błądzenie to przez Padlinę. Jak wspomniałem w poprzednim komentarzu - polska nazwa miejscowości, w której zatrzymałaś się to Padlina Hrabiów. A dokładnie 200 m od Twojego albergue, z którego wyruszyłaś przepływa rzeka Padlina (Carrion). Piszesz, że prosty odcinek drogi dał Ci się we znaki. Ale powiedziane jest "prostujcie ścieżki dla Niego". A prostowanie ścieżek wymaga często wyzwania i pokonania trudów. Nie dziwię się zatem jak bardzo smakowała Ci gorąca herbata w miejscowości Calzadilla de la Cueza, czyli w miejscowości Dróżki Pieca (tu czytaj dróżki piekła). Cieszę się jednak, że dotarłaś szczęśliwie do miasteczka templariuszy, pobijając jednocześnie Twój rekord Camino w długości dziennego przemarszu (26,8 km) nie doznając jednocześnie większego uszczerbku w rankingu barkowo-stopowym ;) A teraz czas na "wyspanie"!
OdpowiedzUsuń