Skąd się biorą kłótnie? Głównie z niedopowiedzeń. Ktoś myślał, że druga osoba myślała tak jak ten ktoś. Camino dzisiaj potwierdziło jak ważna jest rozmowa, w której obie strony mają możliwość wyrażenia swojej opinii. Oczywiście to nie jest tak, że opinie te będą zgodne... ale rozmowa daje podstawę do wypracowania kompromisu.
Moje Camino: Radośnie przywitałam poranek - pomimo, że dziś wyjątkowo byłam słabo zorganizowana by płynnie wyruszyć w dalszą podróż. Jeszcze dobre śniadanie w jednej z uliczek Leon (poszukiwania knajpki trwały dobre 10 min!) i powoli zaczęłam przemieszczać się w stronę przedmieść. Powoli? Nie inaczej. Łapałam wszystkie czerwone światła! Ale w końcu poczułam, że opuściłam ruchliwe centrum. Leon jednak nie miało ochoty się żegnać. Przedmieścia ciągnęły się w nieskończoność i nigdzie nie było widać innych człowieczķów z plecakami na plecach. W momencie kiedy usłyszałam od napotkanej Hiszpanki "Buen Camino" wiedziałam, że miasto zniknęło gdzieś w oddali. Powolutku wspinałam się do następnej miejscowości (po drodze zastanawiając się jakie skarby skrywają piwnice, których zdjęcie zamieszcam poniżej). Gdy kolejna miejscowość była na wyciągnięcie ręki zaczęło padać... Dostałam przyśpieszenia, minęłam pierwszych wędrowcow i szybko znalazłam się w kawiarni na soku i herbacie. Tu natknęłam się na dwie Australijki, które idą pieszo od Pirenejów. Szybko jednak pożegnały się... bardzo dziwne! Gdy wyszło słońce postanowiłam ruszyć dalej. Szlak wił się to w prawo, to w lewo ale wciąż wokół ruchliwej drogi. Niestety trasa towarzyszyła mi cały czas... i słyszałam tylko wziuuum, wziiiiiuuuuuum i wziummm. W jednej z wiosek zatrzymałam się na dłużej obserwując bociany. Uprzejmie informuję, że bociany mają się dobrze i powoli szykują się do wylotu do Polski. Niestety po drodze nie było ani jednego miejsca, żeby chociaż na chwilę odpocząć (poza sezonem można się tylko odbić od drzwi). Z musu szłam dalej. Jaka ulewa mnie złapała pośrodku niczego! W sumie to aż dziw, że szlaku nie zgubiłam bo moje okulary były niczym akwarium i tylko rybek brakowało. Po około 4 kilometrach wyszło słońce, które dość szybko mnie osuszyło. Dość sprawnie dotarłam do natępnej miejscowości, gdzie skusiłam się na pyszny lunch. Po prawie 1,5godzinnej przerwie ruszyłam dalej. W końcu natrafiłam na kawałek "lepszego" Camino, który przechodził przez niewielki zagajnik. To co dobre szybko się kończy i znowu trasa skierowała mnie na drogę pełną tirów. A przede mną rysowała się ogromna czarna chmura... która a i owszem szybko mnie skropiła deszczem do suchej nitki. Po 26 kilometrach dotarłam jednak do San Martin del Camino. Wioski, w której ludzi można spotkać tylko w barze.
Zmęczenie: 4/10 (pogoda i ruchliwa trasa dała dzisiaj popalić)
Ból:
- barki: 0/10
- stopy: 3/10
- nogi: 5/10 (prawa łydka urządziła strajk włoski w czasie ulewy)
Samopoczucie: 9/10 (te ulewy wykończą człowieka!)
Co w duszy gra? No właśnie...ma grać i najlepiej w pełnej harmonii. Sztuka kompromisu to dążenie do takiej harmonii. Wyobraź sobie orkiestrę, najlepiej wielką, symfoniczną, złożoną z wielu instrumentów. Gdyby każdy z nich wygrywał melodię "na własną nutę", choćby najpiękniejszą, to wespół powstał by jeden zgiełk i harmider nie do zniesienia. Jednak gdy owe instrumenty dostroją się, jedne prowadzą melodię, jedne akompaniują, inne zaś sporadycznie włączają się do gry - powstaje przepiękny utwór, który aż chce się słuchać. Tak też jest wśród ludzi. Co człowiek to inna opinia. I może niejednokrotnie wszystkie te opinie są dobre, to jeśli nie "współgrają" ze sobą - powstaje chaos. Sztuka kompromisu, to sztuka dostrojenia. Twoje Camino też powoli dociera się i dostraja. Mimo niesprzyjających warunków pogodowych, z Twoich opisów wynika, że idzie Ci się lepiej. A pogoda, no cóż, i w Hiszpanii jest kwiecień plecień...
OdpowiedzUsuń