Ból:
-barki: 0/10
-stopy: 0/10
-nogi: 0/10
Samopoczucie: 100/10
Czasami miewa się wrażenie, że słowo "dziękuję" zaginęło w czasoprzestrzeni, a trud i ciężka praca innego człowieka jest pomijana. Dzisiaj Camino przypomniało mi jak ważne jest docenianie starań innych, jak kluczowym jest powiedzenie tego jednego magicznego słowa. Dlatego, dziękujmy!
Moje Camino: Dzisiejszy poranek rozpoczęłam wyjątkowo radośnie. W końcy się porządnie wyspałam, a pogoda za oknem wskazywała, że zapowiada się słoneczny dzień. Dość szybko zjawiłam się w Arzua, gdzie zjadłam niewielkie śniadanie. Następnie wolnym krokiem ruszyłam przed siebie. Na trasie pojawiały się różne pagórki, wąwozy, miasteczka, potoczki... słowem sielanka. Większość napotkanych osób na drodze nieśpiesznie poruszało się do przodu. Jedynie kolarze będzili co tchu chcąc zdążyć pewnie do Santiago jeszcze wczesnym popołudniem. Turyści na szlaku zaginęli, a zostali Ci którzy wędrują z celem. W Salceda zrobiłam sobie przerwę na sok pomarańczowy i na zmianę stroju. Proszę Państwa, dziś po raz pierwszy zamieniłam spodnie na krótsze! A wszystko to za sprawą ogromnego upału i żaru, który lał się z nieba. Na szczęście duża część trasy była zacieniona. Dzisiaj szlak przecinał kilkukrotnie droge szybkiego ruchu i trzeba było miec oczy dookola glowy, aby bezpiecznie przez nia przejsc. Do Podrouzo (po około 24 kilometrach) dotarłam koło godz. 13:00 i po rozważeniu wszystkich za i przeciw postanowiłam tutaj przenocować. Skorzystałam z pięknej pogody i po prostu cieszyłam się z cudownego dnia :) A jutro zostanie mi ostatnie 20 kilometrów do Santiago de Compostella. Już nie mogę się doczekać! To będzie mój wielki dzień!
Zmęczenie: 0/10
Ból:
- barki: 0/10
- stopy: 1/10 (stopa juz nie boli ale za to powitajmy glosnymi brawami mój pierwszy odcisk na Camino, inni gratulowali mi odcisku przedostatniego dnia na Camino)
- nogi: 0/10
Samopoczucie: 10/10
Każdy dzień przynosi wiele do naszego życia. Wzbogacamy się o doświadczenie życiowe podczas licznyh rozmów, obserwacji otaczającego nas świata, czy wydarzeń, które mają miejsce. Dzisiaj Camino nauczyło mnie aby uważnie obserwować to co dzieje się wokół mnie, by wyciągać wnioski z dnia poprzedniego. Nie jest to łatwe ale każdy dzień uczy nas czegoś nowego. Czy to nie jest piękne?
Moje Camino: Kolejna noc minęła w rytmie chrapania i mojej usilnej próby by zasnąć. Wyjątkowo jednak szybko wzięłam się w garść i wyruszyłam jeszcze przed godz. 8 na szlak. I tu pojawiło się pierwsze zdziwienie bo było prawie pusto! Tylko od czasu do czasu mijałam jakiś wędrowców! Żadnych turystów w klapkach na trasie! Dlatego spokojnie sobie maszerowałam rozkoszując się ładną pogodą, otaczającą przyrodą, śpiewem ptaków i po prostu ciesząc się z drogi, która prowadziła przez pagórki, niewielkie wąwozy i urozmaicała dzień. Stosunkowo szybko mijały kilometry za kilometrami, aż w oddali ujrzałam Melide. Wstąpiłam do niewielkiego kościólka zaraz za niewielkim mostem na rzece Furelos. Cisza i spokój.... a zaraz potem weszło około 20 turystów zrobiło zamieszanie, obfotografowało wszystko wokół i wybiegło. W niedługim czasie znalazłam się w Melida. Co tu się działo! Targ, gwar, tłumy ludzi, że przejście z plecakiem graniczyło z cudem, parady, śpiewy, muzyka! Ewidentnie za dużo ludzi na metr kwadratowy. Korzystając jednak z uroków dużego miasta skusiłam się na obiad w najbliższej restauracji. Potem dość szybko opuściłam to miasto - nawet nie było opcji go zwiedzić! Ale za to napotkałam znajomego Holendra i poznałam kolejne osoby o narodowościach europejskich. Ale idąc w ślady "podążaj swoim rytmem", dość szybko zostałam sama na szlaku i spokojnie mogłam się rozkoszować pięknym słońcem. Po blisko 18km postanowiłam skusiś się na krótki odpoczynek przy kawie by zyskać dodatkową energię. Po drodze minął mnie znajomy Irlandczyk, który stwierdził, że ewidentnie korzystam z niedzielnego rozleniwienia ale stwierdził, że jutro na pewno dotrzymam mu kroku. Nawet nie wiem kiedy dotarłam do Ribadiso (spokojnej małej wioski), gdzie postanowiłam zakończyć dzisiejszy dzień wędrówki.
Zmęczenie: 1/10 (to chyba przez to słońce... nie jestem do niego przyzwyczajona)
Ból:
-barki: 0/10
-stopy: 2/10 (chyba już nauczyłam się chodzić tak żeby nie bolało)
-nogi: 0/10
Samopoczucie: 10/10
Kultura osobista wiele mówi o człowieku. Za kulturą kryje się zarówno ogłada towarzyska, wygląd ale także stosunek do drugiego człowieka (życzliwość, szacunek, dążenie do stworzenia miłej atmosfery, itp). Niestety w dzisiejszym świecie ma się wrażenie, że kultura osobista gdzieś zaginęła. Dzisiaj Camino nauczyło mnie jak ważne jest dawać przykład innym poprzez wykazywanie się wysoką kulturą osobistą.
Moje Camino: Zaraz po przebudzeniu zweryfikowałam stan swojej stopy. Po rozważeniu wszystkich za i przeciw... przygotowałam ją do drogi. Po szybkim śniadaniu około godz. 8 pojawiłam się na szlaku. I tu pierwsze zdziwienie... skąd tyle ludzi na trasie? Potem nastąpiło olśnienie: minimalna odległość jaką potrzebujesz przejść Camino aby otrzymać certyfikat to właśnie Sarria-Santiago. Ale takich widoków się nie spodziewałam. Zaczęła królować różnoraka moda - ludzie w klapkach, z reklamówkami w ręce, z koralami na szyji... i tak naprawdę nie miałabym nic przeciwko, gdyby ów piechurzy nie poruszali się stadami i nie blokowali całej ścieżki. Dlatego jeśli ktokolwiek z czytelników chciałby przejść jakikolwiek etap Camino mam dwie prośby: nie tarasuj przejścia szybszym oraz nie narzekaj na trasie. Ale wracając do dzisiejszej trasy ro biegła ona przez róźnorodne pagórki, wioski i dolinki. Do tego od czasu do czasu pojawiało się upalne słońce. Ja ze względu na mała kontuzję postanowiłam sobie zrobić luźniejszy dzień z wieloma przerwami. To była czysta przyjemność! A do tego natrafiłam na znak, który świadczy o tym, że so Santiago zostało mi mniej niż 100 km. Korzystając z faktu, że zaczęło lekko padać, skusiłam się na popołudniowy deser. To była świetna decyzja bo zaraz po tym jak spałaszowałam sernik - wyszło słońce. Gdzieś około trzy kilometry przed Portomarin moja stopa się zbuntowała (może przez fakt, że teren był bardzo nierówny i ją zbytnio przeciążyłam) dlatego zmniejszyłam swoją prędkość i spokojnie, bezboleśnie wędrowałam do przodu. Zaraz przed Portomarrin natrafiłam na ostre zejście po kamieniach w dół, które było chyba najboleśniejszym przeżyciem dzisiejszego dnia. Na szczęście dość szybko znalazłam się w albergue i moja noga spokojnie się kuruje. Myślę, że jutro będzie z nią wszystko w porządku ale nadal będę starała się jej zbytnio nie nadwyrężać. Pod wieczór udałam się z Holendrami i Niemką na przepyszną paelle! Palce lizać!
Zmęczenie: 0/10
Ból:
- barki: 0/10
- stopy: 4/10
- nogi: 0/10
Samopoczucie: 10/10
Jak wyglądałyby sporty drużynowe gdyby nie było ducha zespołu, wspólnego celu, czy wzajemnej współpracy? W końcu gra zespołowa nie polega na grze solowej jednego zawodnika. Dzisiaj Camino nauczyło mnie jak istotny jest wspólny cel osiągany przez całą grupę. Każdy w zespole przybiera określoną rolę, którą sprawuje jak najlepiej by wesprzeć zespół.
Moje Camino: Koniecznie muszę wspomnieć o niezwykłej kolacji z dnia poprzedniego. Wszyscy nocujący w albergue zebrali się na kolację punktualnie o 19. I tak w gronie 40 osób wszyscy dyskutowali o Camino, wrażeniach i przeżyciach. Ja miałam przyjemność rozmawiać z Hiszpanem, któru nijak po angielsku nie mówił. Naprzeciwko zaś siedziały dwie przemiłe Szwajcarki. I chociaż wszystkim dobrzr się siedziało każdy myślał o tym aby się wyspać. Dziś poranek powitałam w górach. Wspaniały to był widok. Niestety trzeba było wyruszyć w drogę w dół... wiec przez około 10 kilometrów nie było mowy o żadnej taryfie ulgowej dla zmęczonych kolan. Ale za to szłam w towarzystwie grupki Hiszpanów, którzy po prostu cieszyli się życiem. Dość szybko znalazłam się w mieścinie Traciastela, gdzie obowiązkowo zafundowałam sobie sok pomarańczowy. Tu też postanowiłam, że swoje kroki skieruję do Samos. To była bardzo dobra decyzja! Szlak przechodził przez malutkie wioski, zboczem doliny i wokół potoku. Czułam się jak w podkrakowskich dolinkach! Nawet nie wiem kiedy doszłam do miejsca w którym rozpościerał się niesamowity widok na klasztor w Samos. Tutaj też napotkałam grupkę Polaków, którzy co roku robią różny etap Camino. Będąc już w samej miejscowości stwierdziłam, że skoro pora jeszcze wczesna to uda mi się dotrzeć do Sarria. I tu zaczęły się schody... musiałam jakoś krzywo stanąć, czy noga osunęła mi się na kamieniu i tylko usłyszałam chrobot w śródstopiu. Zaaplikowałam fachową i doraźną pomoc (przydały się te szkolenia z pierwszej pomocy i wieloletnie doświadczenie medyczne) i powolutku ruszyłam dalej. Nie wiem czy to kwestia bólu, czy tego że moje myśli gdzieś podczas wędrówki odpłynęły ale zgubiłam szlak. Jak się później okazało - nie ja jedyna. Na szczęście byłam na trasie dla kolarzy, którzy przemierzają Camino więc postanowiłam kontynuować trasę - by niepotrzebnie nie nadrabiać kilometrów. Ból niestety stawał się coraz silniejszy a kilometry pozostałe do zrealizowania wcale nie malały. Jednak z dużą ilością postojów - w końcu dotarłam do Sarria! A w albergue spotkałam wiele osób z poprzedniego wieczora! Miło było ujrzeć te zmęczone lecz uśmiechnięte twarze. Mam nadzieje, że moja noga pozwoli mi jutro cieszyć się marszem.
Zmęczenie: 2/10
Ból:
-barki: 0/10
-stopy: 10/10
-nogi: 2/10
Samopoczucie: 8/10 (to przez tą nogę!)
Czasami przychodzą takie momenty w życiu każdego człowieka, gdy myśli, że już nie da rady, że wszystko go przerasta, że ma dość, że cały czas ma pod górkę. Dzisiaj Camino nauczyło mnie, by nie poddawać się! Poddanie się jest oznaką słabości, a my przecież z natury jesteśmy silni i waleczni! "Ja nie dam rady...?" "Jak nie ja to kto...?" Pamiętaj, nie ważne jak źle jest - nie poddawaj się bo to na co czekasz jest prawie na wyciągnięcie ręki!
Moje Camino: Jak możecie się domyśleć, poranek był dość rześki, żeby nie powiedzieć przeraźliwie zimny. Nic dziwnego, że dość szybko postanowiłam wyruszyć w poszukiwaniu kawiarnii z gorącą kawą! Marzenie dość szybko się spełniło - bo już po 10 metrach. W trasę wyruszyłam tuż po godz.8 gdy zaczynało świtać. Pierwsze kilometry minęły bardzo przyjemnie i stanowiły miłą rozgrzewkę. Mordęga zaczęła się zaraz za wioska Herreiras. To była jedna z najgorszych wspinaczek w mojej karierze wypraw gòrskich. Myślałam, że trasa nie ma końca. Gdy dotarłam do La Faba, myślałam, że nie zrobię ani kroku dalej. Ale nic tak nie stawia na nogi jak trochę glukozy i powoli zaczynałam atakować O'Cebreiro. Podejście pierwotnie było dość strome, ale później przeszło w bardzo łagodne. W trakcie wspinaczki napotkałam starszego Hiszpana, który wypasał krowy. Zamieniliśmy kilka zdań, a w nagrodę pokazał mi wspaniałe miejsce, z którego rozpościerał się nieziemski widok! Ale samo nic nie przyjdzie i dalej się wdrapywałam. Krok za krokiem, krok za krokiem... a wokół widoki zapierające dech w piersiach! Wnet okazało się, że właśnie wkroczyłam do Galicji! A zaraz potem swoje stopy postawiłam w O'Cebreiro. Radość moja była przeogromna! Po krótkim posiłku zdecydowałam ryszyć dalej... troszkę w górę, troszkę w dół... i tak aż do Hospital, gdzie postanowiłam poprawić poziom glukozy. Na niewiele się to zdało, bo podejście pod Alto do poio zajęło mi dwa razy dłużej niż się tego spodziewałam. Ostatnie trzy kilometry do albergue przyczyniły się do wysokiego poziomu zmęczenia. Pod nogami czułam każdy, nawet najmniejszy kamyczek. Na szczęście już jestem w albergue w Fonfria i nigdzie się już dzisiaj nie ruszam.
Zmęczenie: 9/10
Ból:
-barki: 4/10
-stopy: 9/10
-nogi: 7/10
Samopoczucie: 10/10 (Udało się!!!)