poniedziałek, 18 kwietnia 2016

Dzień 14: Twój towarzysz drogi

W życiu spotykamy wiele osób na naszej drodze. Niektóre towarzyszą nam krótko, inne widzimy codziennie, jeszcze inne spotykamy przy wyjątkowych okazjach, a z niektórymi jesteśmy związani na całe życie. Dzisiaj Camino przypomniało mi jak ważne jest to aby troszczyć się o swojego towarzysza. Zapytaj go, co go trapi, czy potrzebuje pomocy, czy jest szczęśliwy, jak się czuje... a następnie zrób wszystko co w Twojej mocy by go wesprzeć.
Moje Camino: Oj dzisiejsza noc była ciężka... miałam wrażenie, że śpię na polu pełnych traktorów. Kiedy jedna osoba przestała chrapać, zaczynała kolejna... Toteż poranek nie należał do najprzyjemniejszych. Ale po szybkim śniadaniu ruszyłam w trasę, a raczej w mleczną drogę, gdyż mgła rozlała się po całej dolinie. Tak idąc sobie w zupełnej niewiadomej, czy droga zaraz skręci w prawo, czy w lewo, postanowiłam, że dzisiaj zrobie sobie wakacje. Po dojściu do Ponferrady moim oczom ukazał się majestatyczny zamek templariuszy (niestety w poniedziałki nieczynny), a zaraz nieopodal malutki ryneczek z przylegającą bazyliką. Tamże spotkałam Koreankę i zaprosiłam ją na sok pomarańczowy. Po dłuższej rozmowie, ruszyłam w dalszą drogę ale na spokojnie rozglądając się wokół i obserwując mieszkańców, którzy smętnie przechadzali się po Ponferradzie. Za miastem ukazała się przepiękna panorama! Zwłaszcza, że wyszło upragnione słońce zza chmur. Widok był bajkowy. Nieśpiesznie wędrowałam dalej, mijając kościółki, wioski, sady pełne kwitnących drzew. W jednej z takich wiosek zatrzymałam się na dłużej. Tutaj napotkałam uroczą Dunkę, która korzystając z przejścia na emeryturę zmotywowała swojego brata i bratową na podróż do Santiago. Następnie powolnym krokiem ruszyłam dalej. W pobliskiej miejscowości skusiliśmy się z kilkoma wędrowcami na degustację wina. Po niej od razu inaczej się szło. A trasa prowadziła przez pola pełne krzewów winogron. Do tego słońce mocno przygrzewało - miało się ochotę położyć i podziwiać te widoki. Jednak nogi szybko zaprowadziły mnie do natępnej miejscowości. I tak po 23 kilometrach znalazłam się w Cacabelos. A na moim liczniku wybiło 300 km.
Zmęczenie: 1/10
Ból:
-barki:1/10
-stopy:1/10
-nogi: 0/10
Samopoczucie: 10/10

P.S. W końcu udało mi się załaczyć zdjęcia. Miłego oglądania.






2 komentarze:

  1. Ważnym jest aby być ze swoim towarzyszem drogi, pracy lub życia w doli i niedoli. Dzielić z nim radość, ale i wspierać w smutku. Wspierać można materialnie, czynem lub dobrym słowem. Są jednak chwile, gdy żaden czyn i żadne słowo nie jest w stanie pomóc naszemu towarzyszowi w cierpieniu. Nie zawsze można bowiem wyrazić słowem jak współprzeżywamy ból. Z pomocą przychodzi gest. Jest to tzw. sacrum gestu. Dziś usłyszałem, że milczenie, gdy brak słów, wobec cierpienia bliźniego jest zdradą. Ale położenie dłoni na jego ramieniu bez wypowiadania słowa jest gestem, świętym gestem.
    Dobrze, że dzisiejszy odcinek potraktowałaś "lajtowo", rozkoszując się widokami, degustacją wina i rozmowami z towarzyszami szlaku. Bardziej ważny jest kierunek wędrówki, a nie jego prędkość (choć na liczniku już 300 km), bowiem tak wielu ludzi pędzi do nikąd (Steve Maraboli).

    OdpowiedzUsuń
  2. SuperKasiu! No to jutro pewnie dojdziesz do Cebreiro. Tam nie ma internetu! Następnie proponuje nocleg w Samos. Fantastyczne ulokowany stary klasztor franciszkanów. Pozdrawiam Jakub

    OdpowiedzUsuń