Co robi małe dziecko gdy coś mu się nie podoba? Krzyczy, płacze, tupie nóżkami... Co robi dorosły? A to już zależy od konkretnej osoby. Dzisiaj Camino nauczyło mnie, że jeśli coś Ci się niepodoba i nie możesz tego zmienić powinieneś jak najszybciej to zaakceptować. Po co tracić czas, siły i energię skoro to i tak niczego nie zmieni. Życzę wszystkim czytelnikom, abyście w swoim życiu doświadczali jak najmniejszej liczby sytuacji na którą nie macie wpływu.
Moje Camino: Koniecznie muszę nadmienić o wspaniałym wieczorze, jaki spędziłam w towarzystwie dwóch Hiszpanów i Rumuna! Wyobraźcie sobie, że ów dwaj przemili panowie z Espanii postanowili przygotować dla wszystkich kolację. Była naprawdę przepyszna, a w trakcie posiłku rozmawialiśmy na migi - ponieważ mój hiszpański nie jest na najwyższym poziomie wtajemniczenia. Ale za pomocą gestów, rysunków w powietrzu, czy neologizmów, które tworzyłam udało nam się poznać nawzajem. Po kolacji w ramach podziękowania chciałam pozmywać naczynia ale zostałam przegoniona z kuchnii. Dodam tylko, że Hiszpanie mieli około 70 lat! I to by było na tyle miłych aspektów. Okazało się, że ogrzewanie nie działa, więc po raz pierwszy na Camino spałam w 5 warstwach ubrań, w tym w kurtce i czapce! Natomiast w nocy jakieś wścibskie małe żyjątka postanowiły podbić nowe terytorium (czyt. moje ciało) i oznaczyło je kilkonastoma ogromnymi bąblami! Wyglądam jak podczas ospy wietrznej! No ale pomimo tego wyruszyłam do baru na śniadanie. Okazało się jednak że jest zamknięty pomimo, że poprzedniego dnia dwukrotnie dopytywałam się o godzinę otwarcia. Wysoce poirytowana ruszyłam do następnej miejscowości. Jak możecie się domyśleć od razu lunęło jak z cebra! I w tym pogodnym nastroju ruszyłam w 6-kilometrową trasę wiodącą przy samej trasie! Więc obrywałam wodą zarówno z góry (nieba) jak i z boku (od przejeżdżających samochodów). Oj gdy dotarłam do Hospital de Orbigo od razu skusiłam się na największą porcję tortilla (zrobionej z ziemniakami) i ogromny kubek kawy! Po osuszeniu się wyszłam ponownie pod "rynnę". Ale w końcu ujrzałam innych wędrowców i w końcu odeszłam od głównej drogi przelotowej! Przez dwie miejscowości wędrowałam z dwoma Niemcami dyskutując o polityce migracyjnej. Z radością przekroczyłam próg kafejki, gdzie zamówiłam... a jakże sok ze świeżych pomarańczy. Moi towarzysze postanowili dość szybko ruszyć dalej a ja zostałam by nacieszyć się ciepełkiem. Jakie było moje zdziwienie, gdy okazało się że mój rachunek został uregulowany! Muszę dogonić tych Niemców i zaprosić na kawę- jeśli nadarzy się taka okazja! Do następnej miejscowości było około 8 kilometrów więc stwierdziłam, że spokojnie w wolnym tempie w ciągu 2h dotrę do jakiejś restauracji na pyszny obiad. A tu masz ci los... cała droga w błocie. Ślizgałam się jak na musie czekoladowym! Trzeba było pilnować, by nie stracić równowagi i nie wylądować w brunatnej breji. Nie zapominajmy oczywiście o towarzyszącym deszczu. Po prostu sielanka. Na trasie napotkałam Irlandczyka i Niemkę. Razem obracaliśmy w żart nasze tragiczne położenie. Ja nie wiem, dlaczego ludzie płacą grube pieniądze za kąpiele błotne... Na szczęście błoto w końcu ustało, a w oddali ujrzałam upragnioną Astorgę. Jeszcze tylko 5 kilometrów w ulewie, po której przemokłam do suchej nitki a z butów wylałam chyba pół litra deszczówki i w końcu jestem w albergue. A teraz was zaskoczę... to był mój najgorszy dzień na Camino a jednocześnie czuję się szczęśliwa! Poranne rozgoryczenie zamieniło się w ogromną satysfakcję! I już nie mogę się doczekać aż ruszę w dalszą drogę! Ale to pojutrze bo jutro planuję zebrać siły na strome podejścia (po 230 kilometrach w nogach), a co najważniejsze chcę pozwiedzać na spokojnie Astorgę. A za chwilę wybieram się na kolację z kiloma napotkanymi w albergue człowieczkami.
Zmęczenie: 3/10
Ból:
-barki: 0/10
-stopy: 1/10
-nogi: 3/10
Samopoczucie: 9/10 (jeden punkt oddany za swędzące bąble na moim ciele!)
"Głową muru nie przebijesz" kiedy nie masz wpływu na to co dzieje się wokół Ciebie. Lekcja akceptacji rzeczywistości, to zarazem lekcja pokory. Choć biorąc pod uwagę następstwa działalności "pchły szachrajki", czyli świąd, chciałoby się "przebić ów mur", a na pewno "wyć". Gratulacje za wytrzymałość, tym bardziej, że później "spod pchły pod rynnę". A może ta "sikawka" z nieba to było lekarstwo na przeczosy? Tak czy owak nagroda za poświecenie należała się: i jak przystało na nazwę miejscowości, w której gościłaś się pyszną tortillą (hospitalet tj. gościna, szpital), Twoje smutki zostały wyleczone. Zresztą, jak się ma tylu adoratorów...70-letni Hiszpanie posługujący się językiem piktograficznym, tajemniczo znikający Niemcy, to nie dziwię się, że u kresu dnia, pomimo tylu przeciwności losu nastrój był całkiem, całkiem. I jeszcze ciekawostka. Słynni aktorzy odciskają swoje dłonie i stopy na bulwarze w Hollywood, a słynni pielgrzymi, do których już też zaliczasz się, w musie czekoladowym na camino (patrz zdjęcie) ;)
OdpowiedzUsuńPozdrawiamy z przepięknego o tej porze roku Olkusza!
OdpowiedzUsuńAndrzej z Małgosią
PS. Miałem rację, że ta ulewa była uzdrawiająca, a wręcz święta. Mijałaś bowiem miejscowość Santibanez de Valdeiglesias. Pierwszy człon nazwy oznacza "święta kąpiel"! ;)
OdpowiedzUsuńTo że jesteś osobą wymagającą już gdzieś słyszałem. Ale z Twoich relacji wynika, że wymagasz przede wszystkim od siebie. Do tego jesteś niezwykle uparta ;). Te dwie cechy z pewnością przydzadzą Ci się szczególnie już w najbliższą sobotę.
OdpowiedzUsuńTen komentarz został usunięty przez autora.
OdpowiedzUsuńWprawdzie należałoby życzyć ci jak najgoręcej aby kwiaty w pieknym słońcu towarzyszyły ci zawsze i wszędzie jak zapach świerzego powietrza, jednakże życie bez odrobiny przeszkód nie ma w sobie tyle treści, ile to, które czasem na prosty a smaczny obiad wiedzie nas przez błota
OdpowiedzUsuń